[1] [2]

Szkoła w Srokowie  jaką  pamiętam.

Urodziłam się  65 lat temu,  (O rany!!!),  pod  „Gwiazdą  Wędrowca”. Moje życie to potwierdza cały czas. Przemierzyłam Polskę od krańca  do  krańca, zatrzymując się po kilka, czasami  kilkanaście, a nawet  kilkadziesiąt  lat w różnych miejscach.  Zaczęło się  od  szkoły podstawowej,  którą  zanim ukończyłam, „zaliczyłam” je aż  trzy  i nie dlatego, że  byłam krnąbrną  dziewczynką, ale  dlatego, że  moi rodzice szukali „ swojego  miejsca na Ziemi”. W Sokolicy (pow. bartoszycki)  skończyłem  I klasę,  w Korszach chodziłam do II i III  klasy, a od marca 1955  roku trafiłam  do Szkoły Podstawowej  w Srokowie.

                Najcieplejsze i najbardziej pozytywne wspomnienia  mam właśnie  ze szkoły w Srokowie. Mieszkałam wtedy  z rodzicami w Rybaczówce Leśniewo, nad pięknym jeziorem Rydzówka. Mój tato mówił, że to  nie  żadna „Rydzówka” tylko  „Jezioro Sarnie”. Z  rybaczówki do szkoły miałam  „tylko”  5 kilometrów, w jedną stronę. Chodziłam wtedy do szkoły z dwoma kolegami, którzy mieszkali jeszcze dalej niż  ja. Był  to Franek Szabliński i Gienek Kaszucki, (nie wiem czy poprawnie  zapisałam Gienka  nazwisko). Zimy były wówczas  śnieżne i mroźne. Brnęliśmy poprzez te śniegi  z wielka przyjemnością.  Nie omijaliśmy oczywiście rowów  pełnych  śniegu i największych zasp. Nikogo  wtedy nie interesowało  jak takie dzieciaki mają przejść pieszo  tyle kilometrów. To nas  hartowało na  dalsze życie.  Na plecach nosiło  się   tornister z kartonu. Książek i  zeszytów  w nim też  nie było  za dużo. Czasami, któryś  z nich pomagał mi nieść  ten tornister.

Szkoła w Srokowie, w tamtych latach  była świetnie wyposażona w pomoce naukowe,  Była także sala  gimnastyczna  i  boisko z  prawdziwego zdarzenia. Była to  poniemiecka szkoła, zbudowana wg  najlepszych  wzorców.  Szczególnie  zapamiętałam gabinet  fizyczny.  Fizyki uczył p. Władysław Rodziewicz – świetny  nauczyciel,  ciepły i mądry pedagog. Do dzisiaj   pamiętam doświadczenia  z fizyki, np. z opiłkami   żelaza i magnesem. Żona p. Rodziewicza – Zofia,  uczyła  matematyki i budziła we  mnie duży respekt. Do dziś pamiętam jej wygląd i  jak  gładząc kręconą czuprynę Krzysia  Trejbszo mówiła: „Cacy panicz, cacy panicz – lekcji  nie  odrobił”. Matematyki  nie umiem do  dziś, co nie  znaczy, że źle  uczono. Znaczy to  tyle, że  z tej dziedziny jestem po  prostu „gamoniem”.

Język polski – surowa pani Irena (nazwiska już  nie  pamiętam),  z pięknymi blond włosami,  figurą modelki i najfajniejszymi  nogami (chyba w szpilkach,  co  bardzo mi się podobało).  Ani  te włosy, ani  te szpilki, ani sama pani Irena, nic nie poradziły na to, że „sadziłam” OKROPNE błędy  ortograficzne.   Z czasem ta  przypadłość  mi przeszła, choć  może  nie  tak do końca.

Pamiętam jeszcze dosyć wyraźnie nauczyciela historii, pana Umbrasa. Przyszedł nas  uczyć jako młody  chłopak, ciemnowłosy, szczupły i nie wiem do końca, ale chyba wysoki. Pamiętam  jego  „drobne” problemy wychowawcze, z chłopakami z naszej klasy. Huncwoty i  tyle! Teraz czytam pana Umbrasa tzw. „Szopki” pisane z różnych  okazji i jest mi miło.

Ewenement! Kontrowersja! Niezwykłość!, Otwartość! To wszystko tyczy się przeuroczej nauczycielki  języka rosyjskiego – pani Emilii  Kuzowkin. Jak na tamte czasy, była nad wyraz  oryginalna i chyba tylko ona  jedyna przychodziła  na lekcje umalowana i to nawet bardzo. Zawsze, niezwykle  uroczo, a wręcz teatralnie, uśmiechnięta.  Grała na pianinie w pokoju nauczycielskim.      

Na lekcjach opowiadała o Warszawie i życiu w niej (chyba tam jakiś czas  mieszkała).  Uwielbiała opowiadać  o balecie, aktorach i teatrze.

Cały  rytuał związany z  lekcją  języka  rosyjskiego zaczynał  się   tuz przed dzwonkiem na koniec przerwy.  Trzy osoby,(przeważnie  dziewczynki),  schodziły   na parter, pod  drzwi pokoju nauczycielskiego. Kiedy wyłaniała się  z pokoju p. Emilia, dwie  z nich  brały ją pod  ręce, trzecia  brała dziennik i torebkę pani i ten „orszak” podążał  wolnym  krokiem do  klasy. Po lekcji sytuacja się  powtarzała, z tym, że już   teraz trzy inne dziewczynki  odprowadzały panią  do pokoju nauczycielskiego.  . Gdzie jeszcze  mogło być  cos takiego? NIGDZIE!!!.  Tylko  w szkole w Srokowie. Chciałabym jeszcze  raz móc to przeżyć.

Zima roku 1958/59. Choinka Noworoczna w szkole: Mikołaj, paczki, gwar, piękna  choinka, orkiestra i występy dzieciaków. Szkoda, że nie było  wtedy kamer.  Gienia Iwanicha, Krysia Sawicka, Jadzia Mazurek,  Lucyna Fiedorowicz i  ja – Ala  Dubako, w wykrochmalonych sukniach z  gazy, takiej  zwykłej, lekarskiej, z falbanami, z papierowymi diademami na Glowach, odtańczyłyśmy  jakiś walc -  nie  walc, wzorowany na balecie. Były mostki, szpagaty – cud  nad cuda -  pomysłu oczywiście  p. Emilii Kuzowkin. Tego nie da się zapomnieć. Czy na tej zabawie tańczyłam z kimś? Nie  pamiętam.  Może  ktoś  mi  to przypomni?  Język  rosyjski  oczywiście  znam do dziś.

Kiedy   złamałam sobie  rękę w szkole do domu, do  Rybaczówki w Leśniewie, w mroźny dzień, przez  5 km  prowadziła  mnie Lucyna Fiedorowicz. Rękę złamałam , w czasie przerwy, przy wydatnej pomocy pewnego Władka,  z którym ganialiśmy  się  po  klasie. Doprowadzona przez  Lucynkę  do domu, położyłam się na łóżku i  zemdlałam, (dobrze , że  nie po drodze).  Jak  Lucynka wróciła do domu, do  Srokowa,  tego  nie  wiem. Wiem, że  teraz  taka  sytuacja  nie mogłaby   mieć  miejsca, bo rodzice zrobiliby awanturę. Ba, szkoła  lub jej dyrektor  znalazłby się   w TVN 24 lub innej stacji jako  przykład  „znieczulicy i braku  zainteresowania chorym dzieckiem”.  Wówczas  nikogo  to  nie  wzruszało. Była  to  norma.  Za poświęcenie Lucynki  jestem dozgonnie wdzięczna i teraz po  50 latach, składam jej  WIELKIE DZIĘKI. Z powodu złamanej ręki miałam gips i  2-3 tygodnie wolnego.  Chyba się cieszyłam z tego wolnego  oczywiście.

Lucynka, Gienia, Irka Biedroń, Zenia Głuszczyszyn, Jadzia Mazurek,  to bywalczynie w  moim domu w Leśniewie. Kąpiele w  jeziorze (bez opieki dorosłych), pływanie łodzią na wyspę Owocową (to z Lucyną). Na wyspie  były pyszne śliwki renklody, jeżyny, jabłka.  Na wyspę płynęło się  około dwóch godzin , tam i z  powrotem.

Z Lucyną miałyśmy różne przygody. Pamiętam  jak  wybrałyśmy się za las, do obozu  cygańskiego, który  rozbił tam swoje namioty i kolorowe wozy. Po kryjomu zabrałam z wędzarni pęta  kiełbas dla cyganki, która  miała dać  mi  zegarek, ale dopiero następnego  dnia.  Kiedy nazajutrz tam poszłam, taboru  cygańskiego już  tam nie  było. Wtedy byli  i  prawdziwi Cyganie i prawdziwe przygody i prawdziwe przyjaciółki. Teraz  zostali tylko prawdziwi, nieprawdziwi Polacy, prawdziwi i nieprawdziwi patrioci.    A gdzie normalna nasza klasa i  reszta?

Ala Dubako

 

 

[1] [2]